Adrianna Szymańska

Adrianna Szymańska jako Marlene Dietrich.

Wpis z dziennika

6.05.2019

#13 Gdzie są kwiaty z tamtych lat? Lili Marlene

„You are a woman just as you are a man”
(Cocteau Twins – Seekers Who Are Lovers)

Musiałam być naprawdę mała, bo wtedy jeszcze sądziłam, że w filmowych biografiach grają osoby, o których jest film, że odtwarzają swoje życie. W sumie to niedziwne, gdy ogląda się Katję Flint odgrywającą Marlene Dietrich. Nie mogłam sobie wówczas poradzić, że aktorka to nie prawdziwa Marlene, tak mnie urzekł film i perypetie gwiazdy dawnych lat XX wieku.

Właśnie wtedy poznałam Marlene Dietrich. Zaprosiłam ją na kawę i tak właśnie towarzyszy mi w moim życiu od lat.

Jasne, podkręcane włosy, zgodne z modą lat 30., oczy udekorowane cieniami pod narysowaną kreską brwi. Spojrzenie uwodzicielskie, pewne siebie ale i psotnicze. Nikły uśmiech, kiedy trzeba. Prosty nos, nakreślone ładnie usta o górnej wardze w kształcie lecącego ptaka, jakiego potrafią rysować dzieci w przedszkolu. Tlący się papieros. Twarz skąpana w świetle noir, podkreślającym cienie, nadające Marlene dostojność i tajemnicze piękno. I jej strój. Albo zmysłowa sukienka, wręcz długa, podkreślająca ciało suknia na koncerty pełna cekinów, brokatu, diamentów, w której jak najbardziej uzasadnione było wykonywanie jej najpiękniejszych utworów. Albo smoking, biała koszula, muszka/krawat, pantofle i cylinder. I właśnie ten cylinder jest dla mnie takim jej symbolem.

Robiłam naprawdę wielkie oczy, odkrywając, jak Marlene łączyła w tamtych czasach wrażliwość kobiet z dominującą rolą mężczyzn. Ona była, kim tylko chciała. Miała męża, urodziła córkę. Była niezastąpiona w kuchni, była panią domu, a potem wychodziła wieczorami do klubu/teatru, zakładała cylinder, adorowała kobiety i onieśmielała wszystkich. Uwielbiała być kobietą elegancką, oszałamiającą. Wiedziała, jak podkreślać swoją urodę, łowić pragnące spojrzenia, ale nigdy nie czuła się gorsza od mężczyzn. Od zawsze była wolna i silna, dominowała, kiedy było to potrzebne, płakała, kiedy czuła, że musi płakać. Nie stawiała granic, żyła tak, jak wydawało jej się to słuszne i tak, by być szczęśliwą i nieskrępowaną społecznie.

Błękitny Anioł otworzył jej drzwi do wielkiej kariery. Wyjechała z Niemiec do Stanów Zjednoczonych. Odmówiła Hitlerowi poparcia, poszła na front u boku aliantów. Dostała zakaz powrotu do Berlina, stała się zdrajczynią.

Śpiewała mocnym, niskim głosem. Utwór Sag Mir Wo Die Blumen Sind (Gdzie są kwiaty) za każdym razem przewraca mnie na drugą stronę. Ciarki na całym ciele. Przez prawie cztery minuty podsumowała klimat wojny. Podzieliła się nostalgią za czasami sprzed 1939 roku. Albo gdy włączam Ich Bin Von Kopf Bis Fuss Auf Liebe Eingestellt („Jestem od głowy do stóp stworzona do miłości”), zdaje mi się, że widzę jej mimikę, powłóczenie spojrzeniem, ruch ramion, przebiegły uśmiech, zagadkę i wciąż to olśniewające piękno. Czasami łatwo zapomnieć, że to nie postać fikcyjna, że rzeczywiście żyła w latach 1901-1992.

Mam ciągły niedosyt jej biografii, mimo że książek o Marlene mi nie brakuje. Najlepiej gdybyśmy mogły porozmawiać. Na szczęście zostało mi jeszcze do obejrzenia wiele jej filmów, więc za każdym razem zobaczę ją jakby na nowo.

Zmarła 6 maja, dziś przypada 27. rocznica jej śmierci. Przecież się nie znałyśmy, nie widziałyśmy, nigdy nie zachwyciłam się nią na koncercie (a w latach 60. występowała i w Warszawie i we Wrocławiu). Jednak gdy sama wkładam cylinder i staję przed obiektywem, rozumiem doskonale, jak bardzo Marlene stała się moją wielką inspiracją, muzą, odniesieniem. Tyle nieuformowanych przekonań i myśli miałam w głowie jako dziewczynka, a potem poznałam Frau Dietrich, która jakby powiedziała mi, że tak, tak właśnie można. Bądź sobą, wtedy będziesz silna.

Najnowsze wpisy

No posts found!

© Wszelkie prawa zastrzeżone
Adrianna Szymańska
Polityka prywatności
Przygotował: Piotr Zacheja