Adrianna Szymańska

Wpis z dziennika

8.03.2022

#17 Namiętność i natchnienie. Jak wygląda mój pisarski proces twórczy?

„I had to fantasize just to survive”
(Cocteau Twins – Evangeline)

Kreowanie to droga umysłu w stronę urealnienia. Pisarstwo to akt podzielenia rzeczywistości na więcej niż dwie części (nie tylko realną i nierealną), to wejście we wrażliwość nadświata. I powiedzenie sobie: „o, tu chcę żyć”.

Ciągle uczę się, jak panować nad tą mocą, energią daną na chwilę lub na lata. Talent jako specjalny czar, bez którego czujesz się nagi.

Jestem jak gąsienica w połowie przemiany. Ratuje mnie wiedza, że nigdy nie będę motylem. Bo gdybym się nim stała, nie byłoby już radości odkrywania, pierwotnego zdumienia się tym czymś nowym. Stan zawieszenia to stan idealny, by pisać w pokorze i uwadze.

Każdy tworzy inaczej, w niepodrabialny sposób. Dla wszelkiego pisarza metodą staje się to, co czyni go lepszym i co sprawia, że czuje się przyjemniej i pewniej siebie. To jak styl kroczenia, mycia się, spożywania posiłków. Wypracowanie indywidualnego sposobu, bez zerkania na braci po piórze to odważna i słuszna ścieżka usamodzielnienia. Zrozumienie jej i zaakceptowanie uwalnia myśli od niepotrzebnych działań i pozwala zupełnie oddać się sztuce.

Od czego zaczyna się mój proces twórczy?  

Pisanie to dla mnie podróż terapeutyczna w miejsca i czasy, w których byłam, ale byłam nieświadomie, a teraz je sobie przypominam i chcę je spisać, jak w typowym pamiętniku. Ale żeby to prawdziwie poczuć, potrzebuję kilku czynników.

Przygoda z nowym światem rozpoczyna się od przyśpieszonego bicia serca w jakiejkolwiek sytuacji pozytywno-neutralnej, jak zakupy, oglądany film, jazda autem, rozmowa z przyjacielem, stosunek seksualny, wyjmowanie ciasta z piekarnika, szorowanie ubikacji. Albo negatywnej, acz kontrolowanej, jak kłótnia z bliskimi, ból, wyolbrzymiony niepokój, melancholijny smutek, żenujące wspomnienie.

Potem pojawia się przyjemność, ciepłe uczucie, które zwiastuje pewne nowe podniecenie. Bo nagle uzmysławiam sobie, że rozpoznaję wizje, która zalewają mi umysł. Są znajome, dlatego że w jakiś podświadomy sposób o nich marzę, o nich myślałam, do nich dorosłam i dojrzałam literacko.

Gdy ten destabilizujący efekt utrzymuje się, czekam na dwie z możliwych opcji: albo kiełkujący pomysł umiera, nie mając zaczepienia w moim zainteresowaniu albo… rodzi się natchnienie. Czym dla mnie jest? Wrażeniem, że uporządkowanie rozlanego po głowie konceptu i utworzenie z niego konkretnej historii, pozwoli mi unieść się nad ziemią i poczuć okrągły kształt globu w dłoni. To kosmiczne ożywienie, entuzjazm wkraczający w szał, napięcie zbliżone do tego tuż przed spełnieniem. Pisarstwo ma dla mnie wiele wspólnego z seksualnością.

Natchnienie wypełnione inspiracjami

Klamka zapadła. Po czymś takim, jak rozpoznanie natchnienia, nie sposób odrzucić danego pomysłu. Bezwiednie, jednocześnie funkcjonując w pragmatycznej warszawskiej rzeczywistości, otaczam się inspiracjami. Potrzebuję ich, żeby utworzyć w mojej prawej półkuli odpowiednie skojarzenia, sklejające fantazje z rzeczywistością.

Pierwsza pojawia się melodia. Czasami konkretne utwory od razu zgłaszają swoją kandydaturę, zanim jeszcze powiem „tak, napiszę to!”. Inaczej sama układam playlistę, która będzie spójna muzycznie i tekstowo z moim przyszłym dziełem. Nie jest to trudne. Od dziecka zgromadziłam w swojej pamięci miliony piosenek i tysiące artystów. Emocjonalność muzyki uczy mnie subtelności i dostrzegania drugiego dna w świecie. Muzyka to sztuka nadrzędna, często to dla niej układam fabuły. Nazywam to soundtrackiem do powieści. Mam gotowe kawałki, więc jestem gotowa, by pisać. I często robię to, mając słuchawki w uszach. Na bieżąco łączę fragmenty scen z rytmem porywających mnie piosenek. Dzieje się wtedy magia, nie sposób inaczej tego nazwać.

Zaglądam w głowę głębiej. Pisanie to spełnianie marzeń i dorastanie wraz z własnymi potrzebami i pomysłami, dlatego gdy przemawia do mnie konkretna estetyka na danym etapie życia, to przyjmuję ją bez grymaszenia. Było już tak wiele rzeczy… Inspiracji szukam w globalnej sztuce. W literaturze, czytam książki, których tematyka odpowiada mi tu i teraz, nadrabiam również zaległości ze studiów, jak klasyka poszczególnych epok. Chłonę język i zapamiętuję fantastyczne zabiegi językowe, metafory i porównania. Cytaty wzbogacają mój warsztat. Oglądam grafiki, kolekcjonuję kreski, nie mogę oderwać wzroku od niektórych komiksów, obrazów, filmowych kadrów. Każdą dziedzinę wykorzystuję po części, aby stworzyć mój własny portal do świata równoległego.

Wiele czerpię ze spotkań z ludźmi, ze zdarzeń i usłyszanych rozmów. Kalki z życia rezonują między tym, co widzę, a tym, co chcę zobaczyć. I tu się rozpoczyna moja fascynacja psychologią i socjologią. Dzięki nim odkrywam nowe wątki naukowe, które stają się punktem wyjścia do tworzenia bohaterów i dramaturgii. Lubię, gdy coś się komplikuje i gdy bohater jest dynamiczny, gdy się zmienia. Kocham, gdy zła postać zauważa światło. Zmiana. Zmiana jest najbardziej pożądaną przeze mnie cechą charakterologiczną moich bohaterów. Cudownie się zgubić, ale jeszcze cudowniej przekroczyć własne granice, by się zmienić. I na tym etapie najmocniej się dokształcam. Gdy mam bohatera – patologa sądowego, potrafię z niemniejszym zainteresowaniem przeczytać wiele książek na ten temat. Gdy ktoś stepuje, zapisuję się na lekcje stepowania. Gdy ktoś używa broni, idę na strzelnicę. Zbliżenie się do urealnienia własnych postaci, to ogromna satysfakcja i konieczność, jeśli zależy nam, aby być szczerym. Oglądam filmy, dokumenty, pytam ludzi, robię wywiady specjalistyczne, zapisuję się na warsztaty, zachodzę w miejsca, w które nigdy bym nie zaszła, ale potrzebuję oddać prawdę i w sposób kontrolowany zmienić ją na użytek powieści. W ten sposób poddaję moje historie „pozornemu urzeczywistnieniu”.

Seks między wierszami. Seksualność jest w moim przypadku jednym z lepszych spoiw tekstu z myślami. To ona nakręca moje fabuły, nie tylko sceny erotyczne, ale wszelkie zachowania bohaterów. Podniecenie płynące z ich działań, nawet jeśli nie chodzi o spełnienie. Ich wybory i dialogi operują tym namiętnym instynktem i nie zawsze dąży to do zbliżenia. Zmysłowość tworzenia, cielesne doznawanie własnych scen.

Jestem każdą płcią i żadną, jestem każdą orientacją i żadną, i to w pisaniu jest niesamowite. Orientacje, tożsamości, seksualność i aseksualność to są rzeczy niezmiernie dla mnie fascynujące. Tworząc, jestem wszystkim naraz, znajduję sobie miejsce i nie przeszkadza mi, że nie określam siebie naprawdę, bo to nie ma znaczenia w powieści. W końcu nie o sobie piszę.

Warsztat, słowo jak pióro i kałamarz

Do tworzenia podchodzę jak do projektu. Otwieram zeszyt. Piszę mini blurb, żeby z dystansu zobaczyć, o czym będzie nowa powieść. Zarysowuję, do czego dążę i jaki mam w tym cel dla siebie. Piszę, żeby było mi przyjemnie czy żeby zaznaczyć swoje stanowisko?

Wypisuję bohaterów, nadaję im imiona, które sami polubią, opisuję ich wiek, wygląd, rodzinę, przeszłość, pasje.

Ustalam narrację. Co w danej powieści będzie lepsze dla niej samej? Która narracja pozwoli mi uzyskać zamierzony efekt? Pierwszoosobowa? Który bohater otrzyma ten zaszczyt i przekleństwo zarazem? Trzecioosobowa? Narrator wszechwiedzący czy odbijający się w oczach innych? Narracja mieszana?

Konstruuję świat przedstawiony. Kiedy i gdzie? Dokąd się przenoszę i jaki to będzie rok? A może nieznane miejsce i nieodgadniony czas? Co lepiej scali moją nową przygodę? Polska, świat czy coś zupełnie innego? Współczesność czy kilka lat wcześniej? Nie mogę tego nie wiedzieć, bo zgubię po drodze cały efekt, jaki chciałam uzyskać. Dokładność pozwala mi zapanować nad rzeczywistością, którą zamierzam uznać za tak samo realną, co moja codzienność poza fikcyjna. A to duża odpowiedzialność.

Jeśli ten świat buzuje we mnie i zaczyna przeszkadzać w zwykłym funkcjonowaniu, to znaczy że dojrzał i mogę przygotowywać się do porodu. Włączam ulubiony program do pisania. Word. Rozpisuję w nim moją ulubioną delimitację. Jak będą wyglądać rozdziały? Same cyfry czy tytuły? Jak podzielę odrębne sceny? Od pustego akapitu czy treść przeleję ciągiem? Jak rozpocznę powieść, a jak ją skończę? Najczęściej te dwie rzeczy znam już na samym początku nowej przygody.

Piszę konspekt. Zamieszczam konkretne sceny uporządkowane na linii fabularnej. Najczęściej już wtedy mam fragmenty dialogów, więc od razu je zapisuję, bo zapewne przydadzą mi się, gdy będę w tym miejscu powieści. Gromadzę w głowie wszystko, co pchnęło mnie do rozpoczęcia nowej historii, przeglądam notatki, jak najciaśniej skupiam wokół swojego umysłu każdą inspirującą i podniecającą mnie rzecz. To wszystko często trwa miesiącami, zanim powiem sobie, że jestem w pełni gotowa. A gdy to się dzieje, już nie ma odwrotu.

Włączam muzykę.

Popijam kawę.

Pozwalam, by pierwszy akapit wypłynął ze mnie.

I wtedy właśnie rozumiem, że jestem znowu bliżej nieba.

Co się dzieje w mojej głowie?

Co czuję, gdy piszę? Jak myśli układają się w zdania i słowa, wyuczone konstrukcje, nabyte w warsztacie filologicznym oraz zdobyte samodzielnie?

Codzienne pisanie mnoży umiejętności, poszerza wyobraźnię. Od wielu lat organizuję sobie czas tak, aby łączyć pracę zarobkową z pracą zawodową – pisarską – i tworzyć czasami po osiem godzin dziennie. Bycie pedantką w tej dziedzinie w sam raz bardzo ułatwia dojście do celu. Włącza się tryb tworzenia. Mózg szybko się przestawia, wie, że od momentu rozpoczęcia nowej powieści, czekają go tygodnie pracowania na podwójnych obrotach przez całe doby. Łączy dwie rzeczywistości w jednym czasie, pomaga w podzielnej uwadze i podpowiada znakomite sceny w trakcie snu lub tuż przed (wielokrotnie zrywałam się z łóżka, żeby zanotować na kartce kilka zdań i pomysłów wyplutych przez mój umysł tuż przed zaśnięciem).

Pierwszą zasadą jest: słuchaj swoich bohaterów. Bez porozumienia między autorem a postaciami nie ma udanej powieści. Rozmowa z nimi, a przede wszystkim słuchanie tego, co proponują, a proponują zażarcie i uparcie, pokazuje twórcy, czym ta powieść tak naprawdę będzie. Wielokrotnie wprowadzałam zmiany lub od początku pisałam fragment, odbiegając od wcześniej zamierzonego konceptu, tylko dlatego, że zaufałam bohaterom. I zawsze, absolutnie zawsze wyszło mi to na dobre. Bohaterowie rządzą w świecie fikcji, autor jest tylko przekaźnikiem. I to warto uszanować.

Nie każdy zapewne tak potrafi, a ja nie widzę innego stylu pisania niż całkowite zatracenie się. Gdy przebywam w kreowanym właśnie świecie, nie słyszę innych dźwięków, nie czuję, mój umysł jest pewnie w jakichś dziewięćdziesięciu procentach poza ciałem. Jestem tylko ja i plik Word, którego litery rozsuwają się, pokazując mi świat literacki w fazie budowy. Potrafię być nieprzyjemna i zła, gdy ktoś wyrywa mnie nagle z tego stanu i pyta o coś, co szczerze mnie nie obchodzi, choćby dotyczyło mojego zdrowia, bo skupiona jestem tylko na jednym. To niezwykle silne wrażenie.

Gdy zachodzi to wszystko, co powyżej, zaczyna się solidne działanie. I to jest wtedy najsilniejsza psychiczno-fizyczna potrzeba, jaką odczuwam. Jestem w stanie pisać cały dzień i pół nocy, gdy moje ciało jest wypoczęte i najedzone. Zero internetu, telefonu, spotkań, tylko ja i ten nowy świat. Jak obsesyjne dążenie do czegoś, czego nie do końca rozumiem, wchodzę w to i w moim umyśle eksploduje słońce. Nie ważne, ile zajmie całość, czy opiszę tę historię w miesiąc, czy pół roku. Liczy się akt tworzenia. Specyficzne chwile tylko dla mnie ode mnie. Prezent, jaki sama sobie robię. Bo nie ukrywam, kocham to robić jak nic innego. Jestem uspokojona, zarazem pobudzona. Jestem wszystkim i niczym jednocześnie. Jestem potężna i jestem maleńka. Ale co najważniejsze – jestem wtedy wolna i bezpieczna.

Najnowsze wpisy

No posts found!

© Wszelkie prawa zastrzeżone
Adrianna Szymańska
Polityka prywatności
Przygotował: Piotr Zacheja