#18 Trzydziestka to nowy new adult!
Jestem zadowolona z ostatnich trzydziestu lat. Zrobiłam wszystko, co mogłam, aby zbudować sobie podwaliny pod kolejne fascynujące i ambitne dziesięciolecia.
Jestem zadowolona z ostatnich trzydziestu lat. Zrobiłam wszystko, co mogłam, aby zbudować sobie podwaliny pod kolejne fascynujące i ambitne dziesięciolecia.
Jestem w stanie pisać cały dzień i pół nocy, gdy moje ciało jest wypoczęte i najedzone. Zero internetu, telefonu, spotkań, tylko ja i ten nowy świat.
Dwa dni temu chodziłam po ścianach, myśląc, że albo moja mama jest nieśmiertelna albo – cóż – złamie się we mnie całe życie.
Dmucham w świeczki na torcie i proszę o Polskę, z której nie chcę wyjechać. O kraj postępowy tak samo w nauce, jak i w umysłach. Gdzie rozwój prawdziwej edukacji i medycyny to nowe wersy narodowego hymnu. Gdzie dzieci potrzebujące psychiatrów i osoby z niepełnosprawnościami otrzymują konieczną pomoc.
Osoby, które potrzebują tworzyć, by żyć i się spełniać, filtrują nieustannie, nawet w snach. Generujemy własne odbicia wszechświata. Światy równoległe. Zlepek tego, co przyjął nasz umysł. Pytanie, jak to przetworzymy?
Właśnie wtedy poznałam Marlene Dietrich pierwszy raz. Sięgnęłam po jej historię, pozwalając, by towarzyszyła mi w całym dalszym życiu.
Jestem po kolejnej everestowej lekturze. „Przesunąć horyzont” Martyny Wojciechowskiej wsunęłam jak pierwszy konkretny posiłek po całodniowej wyprawie na Śnieżkę. Wspaniały obraz wejścia na Czomolungmę od kuchni.
Tygodniami krążyłam wokół reportażu Justyny Kopińskiej, “Czy Bóg wybaczy siostrze Bernadetcie” jak wokół puszki Pandory. Nie w pierwszej kolejności sięga się po takie treści.
Marzec 2011 roku był dla mnie przełomowy. Myślę, że wtedy układ planet pozwolił narodzić się czemuś nowemu, nowej estetyce, nowemu spojrzeniu.
Sobota, 1 lutego 2003 roku. Ferie zimowe w Rykach. Przyjechaliśmy. Tak jest zapisane w dzienniku dziadka. I wierzę, że to był ten dzień. Pierwszy dzień reszty dni spędzonych na dywanie.